Po Polskich Bieszczadach

Bieszczady | 2004-09-15 | Czytano 1686 razy
1 głos
„Po prostu trzeba iść... przychodzić bez przywitania i odchodzić bez pożegnania” D. R.

Salamandra - Moje zdjęcia i blogi z podróży i wypraw
Salamandra
Dziesięć godzin w pociągu relacji Szczecin – Przemyśl w luksusowej drugiej klasie polskich kolei nie odebrało nam radości z myśli o nowej, czekającej nas przygodzie. Tak to już jest, że pojawia się ona w najmniej oczekiwanym momencie, porywa, urzeka i gdy człowiek raz jej zakosztuje, nie może już nigdy powiedzieć „nie”. Do mnie zawitała całkiem nieoczekiwanie. Poranny telefon od Daniela „Stringersa” nie trwał długo:
- Cześć. Masz pożyczyć karimatę?
- A gdzie się wybierasz?
- Bieszczady, mały „wypad” przed rozpoczęciem nauki.
- Karimaty pożyczyć nie mam, bo... jadę z wami – szybka decyzja, podjęta na pięć godzin przed wyjazdem.
Na szlaku - Moje zdjęcia i blogi z podróży i wypraw
Na szlaku
Z Przemyśla dojeżdżamy do Ustrzyk Dolnych, z ciężkim sercem ubieramy nasze kilkudziesięciokilogramowe plecaki i ruszamy w krainę wilków i niedźwiedzi. Czteroosobowy zespół pod przewodnictwem „kierownika” Bartka „Edzia” z zapałem pokonuje kolejne kilometry, zagłębiając się w różnokolorowe, oblane jesiennym słońcem lasy bukowe. Niestety nasz zapał szybko stygnie z powodu... błota. Wszechogarniającej „ciapy”, po której drepcemy, nie da się ominąć i wkrótce mamy jej dosyć. Poślizgnięcie się, o które nietrudno, może skończyć się „kąpielą”, do której nikomu z nas się nie spieszy tym bardziej, że pragnąc pozbyć się ciężaru, nikt nie brał zapasowej odzieży. Jedynie przejścia w bród przez małe strumienie umożliwiają oczyszczenie materiału.
Tego dnia dane nam było oglądać wspaniały kościół, dawną cerkiew w Równi malowniczo położoną na lekkim wzniesieniu.
Tymczasem wieczór zbliża się nieubłaganie. Uwielbiam tę chwilę relaksu, kiedy rozpalone ognisko ogrzewa, gwiazdy nad głową sprawiają wrażenie nieograniczonej przestrzeni, a szumiące drzewa są jedyną melodią dla zmęczonych gwarem wielkiego miasta uszu. Żadna chwila nie trwa wiecznie i już około 21 udajemy się do namiotów...
Na tle Bieszczad - Moje zdjęcia i blogi z podróży i wypraw
Na tle Bieszczad
Kolejny dzień nie przynosi wielkich zmian. Błoto, błoto i jeszcze raz błoto. „Podobno w tych okolicach kręci się niedźwiedź”- oznajmia przypadkiem mijany brodacz - „Bądźcie więc ostrożni”. Jesteśmy. Choć z jednej strony wolelibyśmy uniknąć spotkania oko w oko z tym potężnym zwierzem, z drugiej mamy cichą nadzieję, że uda nam się z bezpiecznej odległości „upolować” aparatem pluszaka. W każdym człowieku chyba drzemie chęć spojrzenia niebezpieczeństwu w oczy, żądza adrenaliny... Niestety nie udaje nam się w ciągu całego wyjazdu uścisnąć łapy niedźwiedziowi. Na otarcie łez spotykamy na szlaku jelenia. Pięknego, potężnego, niemalże przytłaczającego swoją dumą. Zdarzenie trwa zaledwie kilka sekund. Nawet nie zdążyłem wyciągnąć aparatu. Król puszczy z zaskakującą zwinnością zbiegł po stromym zboczu, ukrył się w krzakach, a nam pozostawił mgliste wspomnienie z tego nieoczekiwanego spotkania.
W oczekiwaniu na Krzemień - Moje zdjęcia i blogi z podróży i wypraw
W oczekiwaniu na Krzemień
Wieczorem wreszcie kończymy „błotny” etap. Rozbijanie namiotów na przedgórzu bieszczadzkim wraz z rozpaleniem ogniska nie trwa długo. Tą chłodną październikową noc postanowiliśmy umilić sobie grzańcem odpowiednio przyprawionym pomarańczą, goździkami i cynamonem. Do późna dyskutujemy o sprawach błahych. Szkoda nam widoku gwiazd nad naszymi głowami.
Polskie połoniny - Moje zdjęcia i blogi z podróży i wypraw
Polskie połoniny
Budzę się wcześnie rano. Nasłuchuję i... wyraźnie słyszę świnię. Półprzytomny z niewyspania porywam aparat i wychodzę przed namiot. Rozglądam się, lecz nic specjalnego nie widzę. Jedynie na przyległym pagórku pasie się bydło... A może to nie bydło? Podchodzę bliżej... Dziki! Polana dzików! Nawet nie staram się ich policzyć, szacuję jedynie 30- 40, może nawet 50 sztuk. Dreptam bliżej, rozstawiam statyw i przygotowuję się do zrobienia zdjęcia. Odwracam wzrok, by ustawić parametry zdjęcia, podnoszę głowę... a najbliższy odyniec metrowej wielkości patrzy się na mnie. Chwila trwa ułamek sekundy. Teraz dopiero uświadomiłem sobie, jaki błąd popełniłem. Zamiast zakraść się od strony lasu, poszedłem otwartym terenem. Na dodatek ciężko gdziekolwiek uciec. Jednak nie ma na co czekać. Odwracam się i szybko oddalam od „rodzinki”. Na szczęście dzik był równie przerażony tym spotkaniem jak ja, bo głośnym chrumknięciem dał znak swoim towarzyszom do odwrotu w las..
Żmija zygzakowanta - Moje zdjęcia i blogi z podróży i wypraw
Żmija zygzakowanta
Po porannym śniadaniu, jak zwykle złożonym z mleka i suszonych dodatków, wyruszamy w dalszą drogę. Dwie godziny później mijamy piece do wypalania węgla drzewnego (tzw. retorty), bardzo charakterystyczne dla tego regionu Polski. W procesie półspalania drewna bez dostępu powietrza wytwarza się tutaj wysokoenergetyczny węgiel drzewny tak pożądany przy rozpalaniu domowego grilla.
Udajemy się w kierunku Otrytu. Mocno zmęczeni przystajemy wyłącznie po to, by przyjrzeć się młodej żmii zygzakowatej (Vipera berus), jedynemu jadowitemu gadowi w Polsce. Pionowa źrenica oraz wstęga kainowa, czyli słynny zygzak, nie pozostawiają żadnych złudzeń co do tożsamości „smoka”. Jedynie nasz nieustraszony kierownik odważył się schwytać parocentymetrową bestię w celu dokładnych oględzin, by po chwili zwrócić jej wolność.
Po kilku godzinach jesteśmy na grani. Pogoda na połoninach jest wspaniała, wyłączając porywisty wiatr, który definitywnie przeszkadza kontemplacji zachodzącego za morzem gór słońca. Widok jest przepiękny. Mieniące się kilkadziesiąt metrów poniżej nas jesienne lasy sprawiają niesamowite wrażenie. Musimy się jednak spieszyć, by dotrzeć do „Chatki Puchatka” - schroniska, w którym znajdziemy osłonę od wiatru. Nie jest to jednak proste. Mamy za sobą trzydziestokilometrowy odcinek i tylko dwie czołówki, które mogą nam rozświetlić drogę. Na księżyc możemy liczyć dopiero za kilka godzin. Idziemy więc w nieprzeniknionych ciemnościach wśród hulającego wiatru, co nie jest pozbawione odrobiny uroku. Do przytulnego domku na grani pukamy około 23. Posilamy się i rozdzielamy. „Edziu” wraz z Marcinem Solskim „Solą” postanawiają pozbyć się 16 złotych. Ja z Danielem chcemy wyjść przed schronisko i przespać się w śpiworach bez rozbijania namiotu, mimo niesłabnącego wiatru. Pozostawiam więc wszystkie cenne rzeczy, w tym dokumenty, u kolegów w schronisku, wypijam ciepłą herbatę i wychodzę z Danielem poszukać miejsca do spania. Tuż za ciepłą „Chatką Puchatka” zaczyna się zejście z grani. Postanawiamy dojść do linii drzew. Nie spieszymy się, co chwilę przystajemy i odpoczywamy. Schodząc, napotykamy na szlaku trzy dorosłe piętnastocentymetrowe salamandry plamiste (Salamandra salamandra). Biorąc delikatnie do ręki tego czarno-żółtego płaza, jesteśmy całkowicie bezpieczni. Potrafi ona wprawdzie wytworzyć trującą „salamandrynę”, lecz robi to jedynie w razie nadepnięcia bądź mocnego ściśnięcia w dłoniach. Spotkaniem tym jesteśmy tak oczarowani, że nie spostrzegamy się nawet, kiedy docieramy do podnóża góry. Jesteśmy przy drodze prowadzącej do miejscowości Berehy Górne. Jest już późno, około 2. godziny w nocy, więc bez zbędnych pytań rozkładamy swoje karimaty wewnątrz drewnianej wiaty, będącej, jak nam się wydaje, przystankiem autobusowym. Niestety nie dane nam jest tej nocy spać spokojnie. O czwartej nad ranem zostajemy obudzeni przez straż graniczną. W końcu znajdujemy się w bardzo bliskim sąsiedztwie granicy polsko-ukraińskiej. Zapytany o dokumenty bezradnie rozkładam ręce, bo zostawiłem je przecież w schronisku! Na szczęście strażnicy są wyrozumiali i kręcąc głowami pozwalają nam przenocować do rana. Niestety gdy już jesteśmy jedną nogą w krainie snów, budzi nas warkot motoru. Piętnaście minut po kontroli mamy kolejną wizytę pograniczników. Znowu tłumaczenie co, jak, dlaczego. Po ich odjeździe już bez żadnych przeszkód zasypiamy.
Nie musimy wcześnie wstawać, czekamy bowiem, aż dołączą do nas koledzy ze schroniska. Dopiero o dziesiątej witamy ich herbatą i ustalamy plan dnia. „Sola” wraz z „Edziem” rezygnują z przejścia granią połoniny Caryńskiej i udają się asfaltową drogą w kierunku Ustrzyk Górnych. Ja wraz z Danielem w miarę szybkim tempem wchodzimy na szczyt połoniny (1297m.n.p.m), poniżej którego rozciągają się bajecznie kolorowe lasy bukowe. Niestety nawet w październiku szlaki pełne są turystów, którzy często nie znają podstawowych zasad zachowania się w górach. Jest gwarno i tłoczno, a przecież od tego chciałem się oderwać. Góry są po to, by odpocząć od ludzi, poczuć bliskość natury. Na tej połoninie tego nie zaznałem. Podobnie myśli chyba Daniel, gdyż schodzimy szybkim tempem do Ustrzyk Górnych, gdzie nasi koledzy czekają już dłuższy czas z ożywczym „browarem” w dłoni. Ten dzień postanawiamy już zakończyć i porządnie wypocząć. Kilka kilometrów za wioską w malowniczym zakolu Sanu wybieramy miejsce na biwak. Mamy do dyspozycji szeroką, kamienistą plażę z widokiem na stromy przeciwległy brzeg obrośnięty drzewami. Miejsce jak z bajki. Kąpiemy się w lodowatej wodzie, posilamy zupkami „chińskimi” i obserwujemy przez lornetkę rzadko spotykanego ptaka – pluszcza - w czasie polowania na wodne stworzenia. Zbliża się chłodna bezchmurna noc. Postanawiam nie rozbijać namiotu, by otwierając za każdym razem oczy widzieć otaczającą mnie naturę. Za moim przykładem idą wszyscy uczestnicy wycieczki. Zasypiamy.
Serce bije mi niemiłosiernie szybko, oglądam się za siebie i widzę, że nawet Edziu zostaje nieco w tyle. Znajduję się na grani prowadzącej na „Tarnicę” - najwyższy szczyt Bieszczad liczący 1335 metrów. Tempo mamy zabójcze. Praktycznie wbiegamy całe podejście, mijając zdziwionych turystów. To co jest na mapie oznaczone do zrobienia w 2 godziny, robimy w jedną, po czym czekamy z kierownikiem na naszych przyjaciół. Niedługo później zdobywamy szczyt, Daniel wrzuca „grosika” pod kilkunastometrowy stalowy krzyż, by zgodnie z tradycją jeszcze tutaj wrócić. Ja tego nie robię. Dlaczego? Jest tyle pięknych gór do odkrycia, tyle miejsc na świecie do zwiedzenia, że moim zdaniem szkoda marnować czasu na wracanie w ten sam zakątek. Z Krzemienia wędrujemy kilka godzin Bukowym Berdem. Połoniny zmieniają charakter. Grań zbudowana jest ze skośnie ułożonych warstw skał i nie tworzy już półłuku. Idziemy dość długo bez przerwy, mając przed oczami pasmo rozległych Karpat. Pogoda jest fantastyczna jak na tę porę roku. Mało rozmawiamy. Każdy z nas stara się zanotować jak najwięcej szczegółów gór, by zatrzymać ich obraz jak najdłużej w pamięci. Schodząc wiemy, że nasza wycieczka dobiega końca.
Ostatnią noc spędzamy w drewnianej wiacie podobnej do tej, w której spaliśmy z Danielem dzień wcześniej. Potem wsiądziemy w autobus do Przemyśla, skąd udamy się na ukraińską stronę granicy. Odstając pięć godzin w ulewnym deszczu na granicy w Medyce, myślami byłem już w Szczecinie. Nasza przygoda dobiegła końca.


Łukasz Czabanowski

[Artykuł ukazał się w magazynie studenckim: ITD, s.26-27, kwiecień 2005]

W pobliżu Bieszczady na MyTravelBlog.pl

w lini prostej: 5.6km
Bieszczady
w lini prostej: 121.7km
Trościaniec
w lini prostej: 144km
Lwów i okolice
w lini prostej: 144.9km
Ukraina śladami Polski
w lini prostej: 145.4km
Lwów
w lini prostej: 146.3km
Studencki wypad do Lwowa
w lini prostej: 229.9km
HEJ
w lini prostej: 153.4km
Poźno-jesienny spacerek w kierunku Trzech Koron
w lini prostej: 198.6km
Węgry - Magyarország
w lini prostej: 166.2km
Vysokie Tatry
w lini prostej: 187.1km
Sarnia Skała
w lini prostej: 187.1km
Zakopane i Tatry