Niebieskie Miasto i jego zakamarki

Indie,Jodhpur | 2007-11-26 | Czytano 1351 razy
1 głos
Niebieskie Miasto z fortu - Moje zdjęcia i blogi z podróży i wypraw
Niebieskie Miasto z fortu
Po długiej i wyjątkowo męczącej drodze z Jaisalmeru, dojechaliśmy do fortu Meherangarth w Jodhpurze, położonego na skraju pustyni Thar. Pustynia jeszcze daje się we znaki. Jak okiem sięgnąć wszędzie pusto i sucho… Nam też jest sucho i gorąco. Czujemy się opadnięte z sił i śpiące. Patrzymy otępiałym wzrokiem na wyłaniający się fort i pustynne krajobrazy…

dłonie wiernych małżonek maharajy - Moje zdjęcia i blogi z podróży i wypraw
dłonie wiernych małżonek maharajy
Fort robi niesamowite wrażenie. My postrzegamy wszystko w zwolnionym tempie. Wyrasta ze skały zupełnie pionowo. Jest jej kontynuacją. To, że skała się kończy a zaczyna ściana, można zauważyć po tym, że nagle ze skały wyłaniają się okna…. Przypomina to, trochę Białe Miasto z Władcy Pierścieni… Kształtem rzecz jasna. Jadąc wijącą się drogą do bram fortu, trzeba nieźle zadzierać głowę, żeby dojrzeć szczyt budowli…
Fort z żabiej perpektywy - Moje zdjęcia i blogi z podróży i wypraw
Fort z żabiej perpektywy
Fort oglądamy będąc w lekkim amoku. Zmęczenie, znużenie długą drogą, upał zrobiły swoje…Przy wejściu do fortu, w jednej z bram odciśnięte kobiece dłonie. To pozostałość po tradycji sati, która kazała żonom iść na stos wraz ze zmarłym mężem. Jedyne co pozostało po tych dzielnych bądź co bądź kobietach to odciski ich dłoni. No cóż indyjskie kobietki, choć piekne, lekko nie miały. Pojęcie miłości aż po grób, a raczej po stos, nabiera tu innego znaczenia.
Przed pierwszą z bram wiodących do fortu roztacza się niezapomniany widok na niebieski Jodhpur. Miasto wygląda jak zbudowane z pudełek od zapałek i jest niebieściutkie jak niebo… Z góry wygląda to jak fotomontaż, tak jakby ktoś wylał na domy kubeł niebieskiej farby. Widok jak żywcem wyjęty z baśni z tysiąca i jednej nocy.
A mury stoją jeszcze - Moje zdjęcia i blogi z podróży i wypraw
A mury stoją jeszcze
Z góry widać również pozostałości murów obronnych miasta, które zdają się ciągnąć aż po horyzont. Taki wielki mur chiński w pigułeczce. Jest to zresztą charakterystyczne dla większości obronnych fortów rajastanu, które odwiedziłyśmy. Zachowała się nie tylko główna bryła fortu, który był najważniejszym punktem w całym systemie obronnym, ale również mury i niejednokrotnie, jak np. w Forcie Amber w pobliżu Jaipuru, pomniejsze, pomocnicze forciki, położone w ciągu murów. Dzięki temu łatwiej można sobie wyobrazić jak to wyglądało dawniej, w czasach swojej świetności. A do tego wszystko jest ogromne… Forty wielkie, majestatyczne, a mury ciągną się i ciągną, że końca nie widać…
Niebo na Ziemi - Moje zdjęcia i blogi z podróży i wypraw
Niebo na Ziemi
Właśnie po fragmencie murów odbyłyśmy ostatni spacer po jodhpurskim forcie. Słońce przypiekało niemiłosiernie, trudno było uwierzyć, że w Polsce zima, śniegi i mrozy… W takich momentach zawsze dochodziłam do wniosku, że wolę jednak upał i palące słońce niż mroźną zimę….. i gorąco przestawało momentalnie przeszkadzać…Z murów roztaczał się przepiękny widok na błękitne domki starego miasta, na majaczący gdzieś w oddali monumentalny pałac maharadży-Umaid Bhawan, ozdobiony w środku malowidłami Piotra Norblina…Polacy wszędzie znajdą dobrą fuchę nie ma co… Dalej jak okiem sięgnąć pusto, sucho, głucho, tak jakby miasto znajdowało się na wyspie… Na końcu murów, tzn. tam gdzie turyści mogli dojść, znajduje się prześliczna świątynia z białą wieżyczką. Posiedziałam tam troszkę i po prostu popatrzyłam na modlących się ludzi z jednej strony i na niebieskie miasto z drugiej… Nareszcie chwila odpoczynku…
Słoniowe siodło  - Moje zdjęcia i blogi z podróży i wypraw
Słoniowe siodło
W forcie spotykałyśmy się z niemałym zainteresowaniem miejscowych zwiedzających. Troszkę nas to zdziwiło, bo przecież jest to miejsce dość popularne wśród turystów i widok bladych twarzy nie powinien nikogo dziwić. A jednak… Całe rodzinki się do nas uśmiechały obfotografowywały, zagadywały. Szczególnie śmiałe były dzieciaki, które szlifowały przy nas swój angielski, trzeba przyznać bardzo przyzwoity. Wypytywały nas o prawie wszystko i nie mogły się napatrzeć… Dla mnie jest to bardzo miłe i urocze… Jesteśmy przecież dla nich zupełnie inni i to naturalne, że wzbudzamy ciekawość. Dla mnie pierwsza kobieta w sari na ulicy, czy pierwszy mężczyzna w turbanie wydawali mi się tak egzotyczni, że nie mogłam się na nich napatrzeć. Rozumiejąc ludzką ciekawość pozwalałam patrzeć się na mnie do woli, fotografować do woli, a i jak zagadywali przeciwna pogawędce nie byłam… Szczególnie jak wszystko odbywało się w miłej, uprzejmej i przyjaznej atmosferze. W zamian pozwoliłam sobie na sfotografowanie (z ukrycia) zakochanej młodej pary, która w romantycznym objęciu spacerowała po murach jodhpurskiej twierdzy. Wyglądali naprawę niewinnie i uroczo. Ona w skromnym różowym sari, on w zwykłych niebieskich dżinsach. Mijałam ich parę razy po drodze. Już za drugim razem wymieniliśmy uprzejme i zaciekawione uśmiechy….
A tak jodhpurski maharaja prowadził spotkania - Moje zdjęcia i blogi z podróży i wypraw
A tak jodhpurski maharaja prowadził spotkania
Poza pięknymi widokami w forcie zobaczyć można dość ciekawą kolekcję siodeł na słonie. Siodeł to mało powiedziane. Są to raczej małe lektyki. Niektóre odkryte, niektóre, zapewne dla pań, z zasłonkami. Oczywiście bogato i finezyjnie zdobione. Poza tym typowy dla majaradżskich rezydencji, nawet tych obronnych przepych: kilogramy złota i szlachetnych kamieni, misterne ozdoby, mieniące się jedwabie, koronkowe ozdoby na fasadach.

Odpoczynek w cieniu - Moje zdjęcia i blogi z podróży i wypraw
Odpoczynek w cieniu
Jodhpur, jak większość miast Rajastanu, dzieli się na stare miasto, położone w obrębie murów dawnego oraz rozrastające się poza murami miasto nowe. Nam dane poznać było jedynie starówkę, z jej uroczymi niebieskimi domkami, siatką wąskich uliczek, zatłoczonym bazirkiem i górującym nad wszystkim fortem. Mieszkaliśmy w małym hoteliku w samym sercu starego miasta. Jak się potem okazało, umiejscowionego w takim miejscu, że nie było rzeczą łatwą trafienie do niego… Uliczka na której mieszkaliśmy była tak wąska, że przejść poprzek niej można było jednym krokiem… i już się było w leżącej naprzeciwko internetowej kafejce z bardzo miłą obsługą. Wchodząc do hoteliku wkraczało się w troszkę inny świat niż rzeczywistość ulicy. Tam wszystko było śliczne, czyściutkie, pachnące. Urocze patio z fontanną, tysiące pachnących kwiatów i patia jedno za drugim… Oaza spokoju w zatłoczonym i hałaśliwym mieście…. Dla mnie dobra tylko do spania. W dzień i z wieczora zdecydowanie wolałam ruchliwą ulicę. Przynajmniej coś się działo. To właśnie na ulicy był prawdziwy Jodhpur, nie w najbardziej nawet uroczym miejscu za murami, urokliwości jodhpurskich uliczek dane mi było doświadczyć na własnej skórze…

Na jednym z dziedzińców - Moje zdjęcia i blogi z podróży i wypraw
Na jednym z dziedzińców
Zdecydowałam się wypuścić na samotny spacer po mieście. Była to lekko ekstremalna wyprawa - zgubiłam się od razu… Najpierw wracając do hotelu z przyprawowych zakupów, z których miasto to słynie… Miałam iść prosto, w lewo, potem w prawo potem już miał być… ja poszłam prosto, prawo, potem nie pamiętam… i nie było nic co by przypominało nasz hotelik… albo było odwrotnie… Nie mam pojęcia. Fakt jest faktem, że rozum musi tam pracować na najwyższych obrotach… Mój rozum niestety pozbawiony jest zwierzęcego instynktu, który zapobiega zgubieniu się i prowadzi mnie zawsze w różne dziwne miejsca… Po lekkiej plątaninie w końcu trafiłam… Ale to miał być dopiero początek jeśli chodzi o moje przygody z tym miastem. Postanowiłam się przejść na bazirek. Noi poszłam, tyle, że się zgubiłam już na pierwszej uliczce. Ciemno było, brak znaków charakterystycznych i poniosło mnie gdzieś pomiędzy niebieskie domki. Miałam wrażenie, że mieszkańcy zdziwieni byli samym faktem, że jakiś turista zapuszcza się w takie miejsca. Żaden mój krok nie pozostawał nie zauważony. Na początku chciałam jak najszybciej się wydostać z tego labiryntu i przynajmniej wiedzieć gdzie jestem, potem zaczęło mi się podobać…. Chciałam stać się niewidoczna. Chłonęłam każdym zmysłem, to co tam widziałam. To są właśnie prawdziwe Indie. Takie w małych wąskich i brudnych uliczkach, a nie w wypucowanych dla turystów zabytkach. Tu nie dostanie się biletu i audio przewodnika, trzeba samemu radzić sobie wśród gąszczu ulic. A gąszcz jest naprawdę imponujący. Żadna z uliczek nie ma nazwy, więc plan miasta na nic się zda. A nawet jakby był to i tak dla mnie mało przydatny, gdyż trudno byłoby zlokalizować miejsce gdzie się jest w danej chwili. I tak właśnie biegałam sobie po samym sercu błękitnego miasta, wśród domków kształtem przypominających pudełeczka po zapałkach pomalowanych niebieską farbą. Szczerze mówiąc miałam trochę pietra, szczególnie jak jakiś gówniarz próbował mi wyrwać aparat fotograficzny… Schowałam go potem do torby. O robieniu zdjęć nie było raczej mowy, szczerze mówiąc troszkę się bałam…
Urocza para na murach - Moje zdjęcia i blogi z podróży i wypraw
Urocza para na murach
Poczułam się jak w labiryncie. Wiedziałam, że nie jestem daleko od miejsca skąd wyszłam, bo nie chodziłam tam długo, może z pół godziny. Jednakże straciłam zupełnie orientację. Było ciemno, fortu, który był punktem orientacyjnym, nie było już widać. Miałam wrażenie, że zostanę już tam na zawsze i będę się tak włóczyć i włóczyć bez końca. Starałam się wyjść na jakąś wyglądająca na główną ulicę, szukałam szyldów po angielsku, gdyż dawało to szansę, że gdzieś blisko jest część miasta bardziej przyjazna dla białych twarzy. Co znalazłam coś wyglądającego znajomo, zaraz znikało to z oczy gubiąc się gdzieś pomiędzy uliczkami… To było niesamowite. Wystarczył dosłownie ułamek sekundy, by całkowicie stracić orientację. Układ ulic był chaotyczny, bez żadnej zupełnie logiki w naszym oczywiście rozumieniu tego słowa.
Błękit z murów - Moje zdjęcia i blogi z podróży i wypraw
Błękit z murów
Ciągle mam przed oczyma siatkę wąskich uliczek wijących się między niebieskimi domkami w zapadającej ciemności. Siedzących przed domami ludzi, życie toczące się wprost, nawet nie na bruku, gdyż bruku tam nie było, tylko zwykła ubita ziemia… Dzieciaki latały między ludźmi wrzeszcząc niesamowicie, co jakiś czas w zawrotnym tempie przejeżdżał rower bądź riksza, w trochę wolniejszym kroczyły wymalowane we wszystkie kolory krowy. Można było dyskretnie zajrzeć do wnętrz otwartych w większości domów… A tam toczyło się zwykłe życie. Ludzie siedzieli, spali, gotowali, pracowali, modlili się…. W jednym z domów leżały worki ze zbożem, wśród których krzątał się gospodarz i coś tam ważył, liczył układał. W kolejnym widziałam produkcję drewnianych zabawek, gdzie indziej znów cala rodzinka leżała na podłodze rozmawiając ze sobą i śmiejąc się do rozpuku. Przed domami siedzieli mężczyźni i radzili coś, jak to mężczyźni… Kobiety nie traciły czasu na ploty. Jak się jakąś gdzieś dojrzało to najczęściej przy pracy. No chyba, że była już taka stara, że pracować nie mogła, to wtedy też siedziała z koleżankami przed domem i wiodły dysputy, bądź tylko siedziały…Młodzieńcy, jeszcze nieopierzone koguciki, siedzieli grupkami, wiadomo w kupie raźniej, i próbowali na przechodzących młodych dziewczynach, trzeba przyznać dość dyskretnie, swój osobisty urok. Jeśli chodzi o mnie nie byli już tak subtelni i wydzierali się ile sił w gardłach. Nie wiem czy był to wyraz „uwielbienia”, czy wręcz przeciwnie. Najczęściej chcieli się dowiedzieć gdzież to zmierzam i skąd jestem. Przypuszczali, i słusznie zresztą, że musiałam się tam znaleźć przez przypadek i muszę dokądś zmierzać. Jak spojrzeli na moją lekko zdezorientowaną minę pewnie się w swoim przekonaniu utwierdzali.
Ulice wyglądały jak podwórka. Była to bardzo kameralna część miasta. Bez przypadkowych przechodniów, bez ulicznego handlu, bez turystów….
Handel na ulicy w pobliżu Sardar Bazaar - Moje zdjęcia i blogi z podróży i wypraw
Handel na ulicy w pobliżu Sardar Bazaar
Temu wszystkiemu towarzyszył wszechobecny w Indiach zapach. Jak we większości starych miast, nie było tam kanalizacji i wszystko płynęło rynsztokami wzdłuż domów… Z każdego domku wystawała mała rurka, z której leciało to co w domu już nie było potrzebne. Gdzieniegdzie z domów wydobywał się zapach gotowanego, smażonego czy też duszonego jedzenia, zapach intensywny ciężki i pikantny.
Niebieskie Miasto nad ranem - Moje zdjęcia i blogi z podróży i wypraw
Niebieskie Miasto nad ranem
W końcu skapitulowałam, nie dałam rady, miasto wygrało ze mną. W sumie, biorąc pod uwagę moje zdolności do orientacji w terenie, a raczej ich brak, nie była to walka trudna… Skorzystałam z pomocy młodych chłopaków siedzących na progu domu i z braku zajęcia obserwujących okolice. Wiedzieli, że błąkam się troszkę, pewnie widzieli mnie parę razy jak przechodziłam obok i sami zapytali dokąd to idę… Okazało się, że do centrum miasta, do bazirku trzeba iść cały czas prosto w dół… cały czas prosto, oczywiście w zupełnie odwrotnym kierunku niż mi się wydawało. Poszłam więc prosto i już po paru minutach byłam na miejscu. Uczucie ulgi jakie temu towarzyszyło było niezwykłe. Poczułam się niemalże jak w domu…
Sardar Bazaar-w nocy jest tu zdecydowanie ciekawiej - Moje zdjęcia i blogi z podróży i wypraw
Sardar Bazaar-w nocy jest tu zdecydowanie ciekawiej
Z tej całej radości poszłam jeszcze powłóczyć się po Sadar Market-olbrzymiego bazirku mieszczącego się w pobliżu Clock Tower. Bazirek był boski. Ogromny. Tym razem pilnowałam kierunku jak wariatka i nie zagubiłam się gdzieś pomiędzy straganami. Kupić można tam było niemalże wszystko, jak to na bazirku. Jodhpur słynie z przypraw, więc na targu były stosy czerwonej papryki, żółtej kurkumy, pomarańczowych curry, kolorowych masali itp… Od wyboru do koloru. Oprócz tego owoce, przyprawy, ciuchy, buty kosmetyk i inne pierdółki. Godne polecenia miejsce, gdy chce się zrobić zakupy w klimatycznym i fajnym miejscu. Najwięcej było wszelkiego rodzaju szali, szaliczków, i innych tego rodzaju specjalności. Sprzedawcy w dużej mierze mający do perfidii opanowaną sztukę przekonywania i znający chyba w każdym języku parę słów, co nie da się ukryć, ale wzbudza sympatię potencjalnych klientów, uwijali się jak w ukropie. Nie szczędzili również komplementów, gdyż dowartościowany i zadowolony klient więcej jest w stanie zostawić pieniążków. Do tego hałas, zamieszanie, krzyki, mieszanina zapachów, lawirowanie pomiędzy rikszami, samochodami i krowami, czyli codzienne indyjskie scenki rodzajowe.
Zaczęłam się wtapiać w tłum. Może nie dosłownie i wizualnie, bo to raczej było niemożliwe, ale wewnętrznie poczułam, że zaczynam rozumieć, jaki mechanizm steruje całym tym pozornym zamieszaniem… Był to taki punkt zwrotny w pojmowaniu tego kraju. Uświadomienie sobie, że tak właśnie ma być i to co się dzieje na ulicy ma sens i swój porządek. Że panujące tu prawo dżungli jest możliwe do zrozumienia nawet dla przybysza z odmiennego kręgu kulturowego. Wystarczy tylko dać się ponieść tłumowi wsłuchać się w trąbienie rikszarzy, uważać na krowy i być pewnym, gdzie się w danym momencie chce znaleźć. Reszta przyjdzie sama. Jak człowiek przestanie bać się, że zostanie przejechany przez rikszarza, który porusza się z zawrotną prędkością slalomem między przeszkodami, nauczy się zręcznie omijać krowy i przechodniów, będzie oznaczało, że ulica indyjska, przynajmniej w tym wymiarze go pochłonęła i już zawsze będzie tęsknił do takiej właśnie pełnej fantazji i wolności „organizacji ruchu drogowego”. Nagle zorientowałam się, że spacer po dusznych i zadymionych spalinami ulicach, też może sprawiać przyjemność… Dosłownie po ulicach, gdyż chodników w rajastanskich miastach się nie uświadczy. Trzeba walczyć o swoje miejsce na ulicy, nie ma lekko…. Rano miejsce, gdzie toczyła się niemalże walka o przetrwanie, było spokojne, ciche. Aż trudno było uwierzyć, że zmieściło się tam aż tyle równego rodzaju tzw. uczestników ruchu ulicznego. Jak widać indyjska ulica ma pojemność nieograniczoną zmierzającą niemalże do nieskończoności i taki stan rzeczy należy przyjąć do wiadomości i już, innego wyjścia nie ma.
Powłóczyłam się jeszcze troszkę po mieście, kupiłam owoce i ruszyłam do hotelu. Tym razem bez większych problemów. Wieczór spędziłam tym razem samotnie. Siedząc w wygodnym fotelu coś tam pisząc, czytając, popijając lokalne specjały i od czasu do czasu ucinając gadkę z pracującym w hotelu chłopakiem, który nie mógł przeboleć, że już jutro jedziemy dalej…. Ci Hindusi potrafią być naprawdę czarujący…




Wszelkie prawa zastrzeżone, kopiowanie, udostępnianie, publikowanie treści niniejszego bloga, bez zgody autora zabronione.

W pobliżu Indie,Jodhpur na MyTravelBlog.pl

w lini prostej: 250km
Moje Indie-Pierwsze wrażenie i co było potem
w lini prostej: 511.3km
Delhi
w lini prostej: 626.9km
Jestem od 2 dni w pakistanie
w lini prostej: 794.9km
Manicaran, Tam gdzie Parvati zgubiła swoje klejnoty…..
w lini prostej: 822.5km
Wycieczka na prawie Rohtang La (3979m.n.pm.)-najdluższy korek na świecie
w lini prostej: 1103.4km
PTAK - Pokara , czas w Pokarze zaczol sie dosyc dziwnie a jak sie skonczyl
w lini prostej: 1149.6km
Z nowym rokiem….
w lini prostej: 1152.2km
Why like this?
w lini prostej: 1279.9km
Autostopem przez galakTybet by pit blama
w lini prostej: 1281.4km
Siema siema
w lini prostej: 1281.4km
Mail o wszystkim i o niczym no 3