Mały John nad Pacyfikiem

Los Mochis | 2006-09-09 | Czytano 734 razy
2 głosy
Z Culiacan do Los Mochis - Moje zdjęcia i blogi z podróży i wypraw
Z Culiacan do Los Mochis
Z Miasta Meksyk na północ, nad Pacyfik. Wyruszamy nareszcie w tropiki obawiając się lekko szalejących tam o tej porze tropikalnych huraganów… Nie mogłam się doczekać widoku Pacyfiku. Już z samolotu wypatrywałyśmy wybrzeże…. Widać było nawet fale rozbijające się o brzeg. Fajne uczucie. Widok z góry zawsze jest fascynujący i zawsze będę się sadowić w samolocie przy oknie, chyba nigdy mi się to nie znudzi. Wysiadłyśmy w Culiacan. Gorąco jak w piekle, do tego wilgotność powietrza chyba bliska 100 proc. I zapach, lekko mdły i jakby wilgotny, ale jednocześnie świeży i powodujący, że człowiek mimo zmęczenia i gorąca czuje się dziwnie wyluzowany. W końcu jesteśmy w tropiku. Tu nie ma czasu na gringolskie stresy rodem z północnej Europy…. Na dworcu autobusowym łapiemy autobus do Los Mochis, miejsca gdzie mam po raz pierwszy w życiu wykąpać się w Oceanie Spokojnym… Mamy troszkę czasu więc wykładamy się w okolicach dworca na ławce pod palmami i luzujemy się.
Pojazd do Topolobambo - Moje zdjęcia i blogi z podróży i wypraw
Pojazd do Topolobambo
Autobusik pierwsza klasa. Śmieszne pieniądza za bilet (jakaś promocja była), klima, wygodne siedzonka mniam mniam. Po drodze jak zwykle gęba przyklejona do szyby… Nowe miejsce, nowe krajobrazy…. Fajne to się wszystko ogląda z puszki w środku której jest ok. 25 stopni. Wystarczy jednak dotknąć szyby, żeby się przekonać, że na zewnątrz jest chyba drugie 25… Po drodze mijamy kilka miasteczek. Na każdym przystanku, gdzie otwierany jest bagażnik z ostrożności któraś z nas wychodzi by czujnym okiem pilnować dobytku. Na każdym przystanku do autobusu wchodził bar na nogach, czyli gość z chipsami, owocami, piciem, tacos itp. Zestaw obowiązkowy po meksykańku: limona plus sól. Zafundowałam sobie kubeczek z owocami. A gościu uparł się żeby posolić (wcześniej zaproponował sos chili…) Ja mówię: „NIE” a on nie słucha tylko startuje z solniczka, ja mówie: „NIE!!!”, a on zdziwiony: „przecież tam jest limona…” Zgadza się, była... ćwiartka, na samym dnie… I przez ten kawałeczek chciał mi posolić słodziutkie mango, papaję banana i Bóg wie co jeszcze…. Cóż co kraj to obyczaj. Zwyczaj solenia wszystkiego z uporem maniaka nie bierze się jednak z niczego. W takim upale, gdzie człowiek się niemiłosiernie poci i wraz z potem uciekają z niego minerały, zjadanie soli jest niemalże koniecznościa, no ale do mango?? dla mnie przesada… Gościu odszedł więc lekko zdziwiony i pewnie wziął mnie za stukniętą… „Limona bez soli??- nie do przyjęcia”.
Po drodze nad Pacyfik - Moje zdjęcia i blogi z podróży i wypraw
Po drodze nad Pacyfik
Los Mochis. Jak na moje oko (tak sobie to przynajmniej wyobrażałam), typowe gorące miasteczko nad ciepłym morzem, po sezonie. Obskurne domki, obskurne szyldy hotelików, ludzie łażący w zwolnionym tempie… Znów jesteśmy jedynymi bladymi twarzami w promieniu paruset chyba kilometrów. Szybkie szukanie hotelu. Jest. pokój lekko obskurny za to z ryczącą klimą. Jak dla mnie bomba. Ważne, że jest woda i gdzie głowę położyć. Zostawiamy bety i nad Pacyfik. szukamy busika, który zawiezie nas na plaże w Topolobambo (znów Pascal pomógł). Busik, to nic innego jak przerobiony stary amerykański autobus wożący dziedziaki do szkoły, pamiętający chyba początki szkolnictwa w USA. Jazda tym pojazdem była równie ciekawa jak sam cel podróży. Oprócz kierowcy jechał ktoś w rodzaju biletowego. Sprzedawał bilety, pomagał wsiadać i wysiadać, informował kiedy trza wysiąść, a w czasie gdy nie miał nic do roboty siedział na środku autobusy na odwróconym wiaderku i śpiewał. Wesoły koleś. Znów jesteśmy jedynymi białasami. Siedziałyśmy na samym przedzie autobusu. Gdy jeden Losmochisanin wsiadł i zobaczył białe twarze, autentycznie się przestraszył… Mogłyśmy poczuć się lekko zdyskrimowane, ale mogłyśmy tylko wybuchnąć śmiechem, bo gościu miał naprawdę rozkoszną minę… Może białe damy będą go straszyć po nocach… Po drodze nad ocean spotkałyśmy Małego Johna ( był to sezon huraganów i przed naszym wyjazdem do Meksyku media trąbiły, że w okolicach półwyspu Kalifornijskiego szaleje huragan o wdzięcznej nazwie John, więc my naszego od razu ochrzciłyśmy jeszcze wdzięczniej…). Nagle zerwał się taki wiatr, że palmy gięły się prawie do ziemi, do tego hektolitry wody z nieba. Jakby ktoś siedział w niebie i wylewał wodę wiadrami. Ulice zamieniły się w potoki… A nasz kierowca… nic sobie z tego nie robił. Pruł po strumyczkach ile fabryka dała, starał się cosik zobaczyć przez zaparowaną szybę, z której wycieraniem nie wyrabiała miniaturowa wycieraczka… Do tego disco mexicano na ful i jazda!!!. Odjechałyśmy. Johny jak szybko przyszedł tak szybko sobie poszedł i znów wyszło palące niemiłosiernie słońce. Na plaże oczywiście jechałyśmy tylko my. Nikt normalny o tej porze nie jeździ nad morze przecież. Topolobambo leży nad zatoką i ujściem rzeki do morza. Przy ujściu tworzą się rozlewiska z lasami mangrowymi Jak jechałyśmy był akurat odpływ, więc korzenie namorzynów były odsłonięte. Na rozlewiskach mnóstwo ptaków (najwięcej pelikanopodobnych). Droga przez rozlewiska to nieraz była jedynie wąziutka niteczka, z obydwu stron otoczona wodą. Po kluczeniu przez bagna z dwoma lekko stukniętymi Meksykanami dojechaliśmy wreszcie nad Pacyfik… Wysiadłyśmy. Żywego ducha prawie nie było, a na pewno żadnego żywego białego… Wokół szumiące palmy, jakiś gość walczy maczetą z kokosem, jacyś tubylcy się włóczą. A my w amoku pędzimy obmyć się w wodach Pacyfiku. Na plaży oczywiście pusto. W jednej z knajp ktoś się kręci, policjanci w jeepach prują po plaży. Wyglądało jakby zjechali się z całej okolicy, chyba, że krążyli ciągle ci sami. Wpadłyśmy do wody jak głupie. Do wody bardzo, ale to bardzo ciepłej. Nie było wręcz różnicy po wejściu do niej, tzn., nie było chłodniej. I do tego była aż lepka od soli. Nie trzeba było się za bardzo wysilać, żeby polewitować sobie luzacko na powierzchni. A widoki jak to zwykle w Meksyku pięęękne. Zresztą o niepięknych nie będę tu pisać, bo nie warto… Zatoka otoczona górami, hmmmm zawsze robiło to na mnie wrażenie. Tyczkowate palmy na plaży, może nie najpiękniejsze, ale urocze. Na plaży knajpeczki z dachami pokrytymi palmowymi liśćmi. Tak sobie chyba wyobrażałam tropikalną plażę. A jeszcze do tego była prawie zupełnie pusta. Zachowywałyśmy się troszkę jak małe dzieci, które po raz pierwszy widzą morze. Ja w sumie po raz pierwszy widziałam „przestwór oceanu”, no może nie był to przestwór w dosłownym tego słowa rozumieniu, bo pływałyśmy w Zatoce Kalifornijskiej, ale zawsze ocean to ocean. Prawdziwy. Bardzo ciepły i niemiłosiernie słony. Szkoda tylko, że plaski jak stół zupełnie bez fal…
Pacyfik coraz bliżej - Moje zdjęcia i blogi z podróży i wypraw
Pacyfik coraz bliżej
Po moczeniu się w słonej zupie pora na małe, zimne, jasne, pełne, jako, że gardła miałyśmy przeżarte prawie przez sól… Wpadłyśmy to pierwszej lepszej knajpki. z oferty jednej z nich. Do piwa bez słowa dostałyśmy pokrojone na plastikowym talerzyku kawałki limonki i chyba z kilo soli do tego. Oni rzeczywiście mają świra na tym punkcie. Widocznie uznano to za rzecz oczywistą. Oni chyba jednak wiedzą co robią, bo tym razem wsunęłam prawie cały zestaw i był pyszny!!. Nigdy w życiu nie przypuszczałam, że limona z solą może tak smakować. Trzeba chyba zacząć jeść to co tubylcy, nawet gdy na początku wyda to się dziwne. Czekając na powrotny autobusik czułyśmy się troszkę jak zwierzątka w zoo… Każdy kto przechodził gapił się na nas jak na jakieś eksponaty…Było to nawet zabawne. Dostałyśmy kilka propozycji randek, parę ofert powrotu do domu, lub inne wybrane dowolnie (chyba przez kierowcę nie przez nas ) miejsce. W końcu powrót rozklekotanym autobusikiem do Los Mochis razem z powracającymi do domu handlarzami przyplażowymi. Jechali z całym majdanem, więc było znów wesoło. Mały John tym razem nie przyszedł. Noi bardzo dobrze. W drodze powrotnej znów niekończące się rozlewiska i lasy mangrowe, niezliczone ilości pelikanów i innych ptaków. Po drodze mijaliśmy wielki zrobiony na wzgórzu napis, który w wolnym tłumaczeniu brzmiał mniej więcej tak: „ Narkotyki rujnują życie”. Lecąc w te rejony Meksyku nie za bardzo zdawałyśmy sobie sprawę, że miasto Culiacan, gdzie wylądowałyśmy jest jednym z największych miejsc handlu narkotykami i miejscem skąd przerzuca się je do granicznej Tihuany, a potem w głąb USA. Ten napis jakoś tak wpisał się w ten klimat. Był tak jakby krzykiem. Autor chciał, żeby wszyscy go zobaczyli, chociaż to co głosił, było rzeczą oczywistą. Troszkę egzotycznie wyglądało to wołanie w bajkowym wręcz, przynajmniej dla nas krajobrazie. Podróż tym razem była spokojna. Bez Johna, śpiewającego biletowego i wystraszonych tubylców. Po powrocie do Los Mochis, krótki jeszcze spacerek po mieście i spać. Deszcz padał jeszcze parę razy i do tego temperatura ok. 40 stopni. Ulice parowały i my również… Wyjąca klima w pokoju okazała się zbawieniem a jej wycie stało się kołysanką.

W pobliżu Los Mochis na MyTravelBlog.pl

w lini prostej: 253.2km
Najpiekniejsza linia kolejow na świecie....
w lini prostej: 1285.7km
American taste
w lini prostej: 1361.4km
Lista rzeczy do zrobienia w Las Vegas
w lini prostej: 1328.7km
Wild West is Da Best
w lini prostej: 1848.9km
Moje wakacje 2010
w lini prostej: 1914.3km
San Francisco za mgla
w lini prostej: 2123.9km
Wypad do Fortu Atkinson
w lini prostej: 2236km
1880 Town
w lini prostej: 2180.7km
Z Wizytą u Mormonów
w lini prostej: 2306.6km
American taste
w lini prostej: 2899.2km
Kanada - Kraj klonowego liścia
w lini prostej: 3000.1km
moje podroze