Najpiekniejsza linia kolejow na świecie....

Góry Sierra Madre | 2006-09-11 | Czytano 2267 razy
5 głosów
        Z nad Pacyfiku w góry. Z poziomu morza na wysokość 2500 m, pokonując parędziesiąt tuneli i kilkanaście mostów, przez dzikie tereny Indian, wbijając się klinem w olbrzymie góry, mijając olbrzymi kanion. Tak wygląda podróż koleją Chihuahua-Pacifico przez Sierra Tarahumara, łączącą zachodnie wybrzeże Meksyku z wnętrzem kraju.

         Zaczęłyśmy w El Fuerte. Jest to druga stacja kolei poczynając od wybrzeży Pacyfiku. Pierwszą jest Los Mochis. Wyprawa zaczęła się- jak to w leniwym Meksyku-czekaniem; czekaniem na autobus, który miał nas zawieść na stację. Nie przyjeżdżał i nie przyjeżdżał. Na początku były trochę nerwy, że nie przyjedzie w ogóle Udzieliły się one chyba również tubylcom, którzy przy każdym podjeżdżającym autobusie informowali nas, że on to... jeszcze nie ten…Fajni byli. Oni przejęli nasz lekki niepokój i starali się nam pomóc a nam udzieliła się ich "manana". Jak przyjedzie to będzie, a jak nie przyjedzie to wtedy będziemy się martwić. Tymczasem luzik relaksik i czekamy. Siedzimy i obserwujemy jak miasteczko się budzi. Kobitki wyciągają cały majdan do tacos, płosząc przy tym stado robali i śmiejąc się z naszych lekko zdziwionych min, jacyś miejscowi muchachos wylegają na ulice załatwiać swoje interesy, przejeżdża terenowe auto z policjantami siedzącymi na kipie..... Jednym słowem poranna atmosfera sennego miasteczka gdzieś na końcu świata. A na tym obrazku nasze jeszcze białe buźki czekające na autobus, który nie wiadomo czy będzie czy nie… W końcu przyjechał. Byłyśmy jedynymi pasażerkami. Oprócz nas w miasteczku była jeszcze grupa gringoli z USA, ale oni nie korzystali z miejscowego transportu. Jazda na stację trwała ok. pół godzinki. Po drodze typowy krajobraz, jaki wyobrazić sobie można na dzikiej meksykańskiej prerii: palące słońce, góry na horyzoncie, niskie krzaki, kaktusy, jakieś pojedyncze skały, co jakiś czas jakiś domek lub dwa, faceci w kowbojskich kapeluszach. Czujemy się trochę jak w westernie.
         Nareszcie stacja. I znów czekamy, tym razem na pociąg .W tzw. międzyczasie łazimy po okolicy. W pobliżu kręci się kulkutubylców, jeden na ośle niewiele większym niż on sam. Jest niemiłosiernie gorąco, ziemia wysuszona.... Czekamy i czekamy.
Na małej stacji w miasteczku El Fuerte. - Moje zdjęcia i blogi z podróży i wypraw
Na małej stacji w miasteczku El Fuerte.


        Pociąg się wreszcie wtoczył, my luz, bo to przecież klasa luks- nie dla nas. Wszystko niby ok, ale okazało się, że dziś już inny pociąg (tzn klasy nie-luks) nie przyjedzie i w ogóle mamy szczęście, że dziś w ogóle cokolwiek po tych torach jedzie, bo deszcze, błoto i ogólnie katastrofa. A pojedzie tylko do połowy trasy (właśnie przez deszcz i błoto). Kasa oczywiście jak za klasę luks, mimo tego, że wagony klasy nie-luks… Lekkie zamieszanie, robimy mały dym, ale nie ma co się zastanawiać przyjechało, nie będzie innego to wsiadamy, negocjować będziemy później. Przez ten dym co zrobiłyśmy na peronie, sprzedać nam bilety przyszło aż pięciu… Tłumaczę gościom, że przecież wagon drugiej klasy to chcemy płacić jak za drugą, oni swoje że pociąg luks, więc ceny są jak za luks, niezależnie czy jedziesz w wagonie luks, normalnym, czy na dachu… Chciałam wszcząć negocjacje omijając oficjalne formalności. Byli twardzi. Porażka. Nie ma wyjścia. Żeby uniknąć wyrzucenia z pokładu płacimy grzecznie za bileciki. Jedziemy. Zapominamy szybko o nerwach, by móc zacząć cieszyć się z tego gdzie jesteśmy i co widzimy. A widoki zaczynają się robić... oj zaczynają się robić...mniam mniam...Po przekroczeniu rzeki El Fuerte i najdłuższego na trasie mostu zaczęła się jazda.
Rzeka El Fuerte. Wtaczamy się w krainę Indian Tarahumara - Moje zdjęcia i blogi z podróży i wypraw
Rzeka El Fuerte. Wtaczamy się w krainę Indian Tarahumara

Cała praktycznie drogę spędziłyśmy stojąc w miejscach gdzie łączą sie wagony i gdzie można było do woli napatrzeć się na góry. A widoki pyszne. Olbrzymie góry na przemian z jeziorami, wodospady, potem znów góry i znów woda. Woda stojąca, płynąca i spadająca z wielkim hukiem. Pociąg z trudem przebijał się przez góry. Tunel za tunelem, podjazd za podjazdem, coraz dalej, coraz wyżej. Góry zdawały się nie mieć końca. Po drodze pionowe urwiska i przepaście. Co jakiś czas pociąg wjeżdżał na wysokie wiadukty, zarówno nad rzeką jak i nad przepaściami, za wszelką cenę starając się utrzymać jako taki tor jazdy. Niesamowite uczucie jak się jedzie nad przepaścią a patrząc z pociągu w dół -paredziesiąt metrów powietrza. To trochę jak zawieszenie w przestrzeni. Pędzi się niemalże w powietrzu. No z tym pędzi to oczywiście lekka przesada. Jako że to była zwykła ciuchcia, nie rozwijała  zawrotnych prędkości. Tak na oko w granicach ok. 40 km/ha. Ale nie o prędkość tu przecież chodziło, a o podziwianie widoków. A nasz luks pociąg wspinał się coraz wyżej.
         Wzrost wysokość n.p.m. można było odczuć nie tylko przez to że było coraz zimniej i fiskował błędnik, ale również przez zmieniającą się roślinność. Na dużej wysokości było już kaktusów i wielkich rododendronów, pojawiły się za to świerki i coś co przypominało naszą rodzimą kosówkę. Powietrze coraz ostrzejsze. Co jakiś czas można było również dostrzec Indian Tarahumara w kolorowych kapotkach. Po drodze, przyjętym przez nasz w czasie tej wyprawy zwyczajem, pijemy parę razy za ich zdrowie.
         Najwyższy punkt na trasie to ok. 2500 m.n.p.m, czyli więcej niż najwyższy szczyt Polski, a góry nad nami sprawiały wrażenie, że mają następne 2000. I tak przez ok.4 godziny-góry, tunele, przepaście, jeziora.....

     Wysiadłyśmy w San Rafael. Spokojna i senna mieścina w górach, gdzie pojawienie się pociągu z turystami czyli potencjalnego źródłem zarobku, stanowiło nie lada wydarzenie. Miasteczko było całe lekko popielate, pachniało spalonym w słońcu kurzem i ostrym górskim powietrzem. Na peronie pełno starych Tarahumaranek sprzedających charakterystyczne koszyczki z wikliny, drewnianą biżuterię i inne tzw. pierdołki. Nawet ładne. Pokręciłyśmy się troszkę po peronie, zrobiłyśmy małe zakupy, wywiedziałyśmy od gościa z którym próbowałam negocjować tzw warunki naszej podróży, skąd odjeżdżają autobusy do ostatecznego celu naszej przeprawy, czyli do Chihuahua. Poszłyśmy na poszukiwania transportu. Załapałyśmy się, razem z parą Niemców, którzy też jechali tym pociągiem, na stopa z jednym wąsatym Meksykaninem. Usiedliśmy sobie wygodnie na kipie z tyłu i zaczęła się jazda po krętych drogach, jakieś 50 km do Creel, skąd ostatecznie mieliśmy złapać coś do Chihuahua. Po drodze, ma się rozumieć, zacieśnianie przyjaźni polsko-niemieckiej m.in. za pomocą piersióweczki, a raczej jej zawartości. I w takiej to miłej i przyjaznej atmosferze z rozwianym włosem i obitym tyłkiem dojechaliśmy do Creel. Po drodze wynegocjowaliśmy jeszcze zatrzymanie się przy punkcie widokowym w Divisadero, gdzie był wprost oszałamiający widok na Miedziany Kanion.
Miedziany Kanion z Creel - Moje zdjęcia i blogi z podróży i wypraw
Miedziany Kanion z Creel

Tam to dopiero były widoki…. Jak okiem sięgnąć skały, skały i skały, które wcale nie są koloru miedzianego jak mogłaby sugerować nazwa, ale szarego ze śladami roślinności. Zielono było pewnie dlatego, że trwała tam właśnie pora deszczowa, wody było dość i roślinki hulały po skałach jak chciały. Koło punktu widokowego, warsztat pracy, sklep, przedszkole i prawie dom miejscowych Indian.
Warsztat pracy i sklep przy punkcie widokowym - Moje zdjęcia i blogi z podróży i wypraw
Warsztat pracy i sklep przy punkcie widokowym

Z jednej strony prawdziwy folklor, ale z drugiej widok małej, może pięcioletniej dziewczynki, dźwigającej na plecach jeszcze mniejsze od siebie dziecko, sprzedającej leżące na ziemi pierdołki, nie nastrajał rozrywkowo… Od razu widać, że życie w tym miejscu to świat zupełnie inny od naszego. Zresztą Indianie Tarahumara znani są z tego, że długo i zażarcie opierali się gringolom, którzy na siłę chcieli zaprowadzić na tych terenach tzw. zachodnią cywilizację, która dla Indian oznaczała nic innego jak zepchnięcie na margines, do roli niewolników i taniej siły roboczej. Tarahumara woleli ukryć się w górach, gdzie do dziś, w wielu przypadkach, wiodą życie niewiele różniące się od tego jakie wiedli ich przodkowie. W miarę jednak jak biały człowiek posuwał się w górę, oni również zmuszeni byli, jeśli chcieli zachować niezależność, uchodzić w coraz bardziej niedostępne oraz trudne do życia tereny. Obecnie coraz częściej schodzą jednak z gór, głównie po to by handlować swoim rękodziełem, korzystając z tego, że ludzie przyjeżdżają tu by podziwiać w miarę jeszcze dzikie tereny gór Sierra Madre. Z czasem pewnie zupełnie opuszczą swoje górskie kryjówki i stanie się to, co miało się stać 200 lat temu… Tak się zastanawiałam, co sobie taka Indianka sobie myśli o takich turystach jak my. Czy w ogóle traktuje nas jak ludzi i ma jakiekolwiek refleksje na nasz temat, czy jedynie traktuje jak źródło potencjalnego zarobku?. Wśród takich mniej więcej myśli pokonaliśmy ostatni etap drogi do Creel. Po drodze mijaliśmy często Indian ubranych w kolorowe poncza, idących poboczem. Wyglądali jak nieodłączny element tej części Ziemi, tych wielkich i dzikich gór, wodospadów… To dobra betonowa droga i jeep marki Toyota zdawali się być intruzami.
      Po długiej i wyboistej podróży dojechaliśmy wreszcie do Creel. Krótkie pożegnanie z kierowcą, wypakowanie bagaży, szukanie transportu. I znów pachnące kurzem i ciepłym letnim popołudniem miasteczko i piękny widok na góry. Krajobraz trochę jak z dzikiego zachodu…. Główna ulica, niskie budyneczki stacja kolejowa, faceci w kowbojkach, skórzanych kamizelkach i ogromnych kapeluszach. Tam naprawdę tak się chodzi… Tylko konie pozamieniali na mechaniczne.
         Jesteśmy w samym sercu gór Sierra Madre. Do tego miejsca można dojechać tylko z północy. Udając się na południe trzeba się przebić przez góry-albo pociągiem tak jak my, albo pokonując drogę dobry terenowym samochodem, bez gwarancji, że się gdzieś nie utknie po drodze.

         Jedziemy autobusem do Chichuachua. Autobus lata świetności ma on już dawno za sobą i jakoś tak dziwnie przypomina mi stary, dobry polski pekaes… Droga wiedzie praktycznie wzdłuż linii kolejowej, więc nasz plan przejechania pociągiem znad Pacyfiku do Chihuahua została zrealizowany prawie w 100 proc. Nawet lepiej na tym wyszłyśmy, ponieważ normalny autobus dla Meksykanów jest oczywiście wiele tańszy niż klimatyzowany pociąg przeznaczony głównie na gringolskich turystów. Jesteśmy, oprócz naszych nowych znajomych, jedynymi niemeksykanami w autobusie (czytaj białymi). Ludzie na północy są zupełnie inni niż ci w mieście Meksyk oraz chociażby w Los Mochis nad Pacyfikiem. I nie mam na myśli jedynie innego stroju, lecz również wygląd zewnętrzny. W mieście Meksyk przeważali raczej ludzie niskiego wzrostu. Tutaj można było spotkać naprawdę wyrośniętych kowboi, których rysy były znacznie bardziej surowe od raczej dobrodusznych buziek mieszkańców stolicy. Wynika to pewnie z tego, że Meksykanom z północy kraju znacznie bliżej jest do dawnych Apaczów niż Azteków. Jeśli chodzi o strój to, podobnie jak w Creel i San Rafael, przeważał mundurek typowego tzw. kowboja, którego obowiązkowym elementem był wielki kapelusz. Parogodzinna podróż z tubylcami zdezelowanym autobusem to świetna okazja do obserwacji ludzi, którzy przede wszystkim tworzą klimat danego miejsca.
       Późnym wieczorem dojechaliśmy do celu. Dworzec na zupełnym uboczu. Do centrum nie kursuje już żaden autobus. Pozostała zrzuta na taksówkę. Upchnęliśmy się w pięć osób do jednego niezbyt dużego samochodziku plus oczywiście bagaże. Kierowca nie protestował i stwierdził, że kiedyś wiózł 7 osób i też się zmieścili. I to jest właśnie w Meksyku cudowne. Jak się zmieścisz to pojedziesz. Nie ma ograniczeń cudowania, że samochód pięcioosobowy i nie ciężarowy. Nikogo nie interesuje, że na kipie jeepa jadą cztery osoby z bagażami. Po prostu, jest miejsce, to wsiadasz i jedziesz. Cudowne to jest!!!. W ścisku i z twarzą przyklejoną do szyby dojechaliśmy do miasta. Poprosiliśmy kierowcę by zawiózł nas od razu do hoteliku jaki wyczaiłyśmy w przewodniku (polecamy Pascala).. W mieście, mimo niezbyt przecież późnej pory (ok. 22.00), było ziemno, pusto i niezbyt przyjemnie. Ciemno było również w naszym pokoju, gdzie jak się okazało nie było żarówki…. Zarówka się znalazła.... w innym pokoju… Zresztą sama ją musiała sobie wykręcić, bo kobitka z recepcji po pierwsze mało się przejęła naszym problemem a po drugie była za niska żeby dosięgnąć do tzw. żyrandola, którym był jedynie zwisający z sufity sznur…. W sumie można było tego światła nie palić… Dobrze, że łóżka były wysokie i mniejsza była szansa, że to coś co biegało po podłodze będzie po nich harcowało nocą. Łazienka również folklorystyczna wielce, więc prysznic sobie darowałyśmy… Nie mogłyśmy sobie jedynie podarować wieczornego spaceru po mieście. Na ulicach królowały przede wszystkim miejscowe robale, wielkości dość znacznej. Jeden nawet robił za broszkę w eleganckim, jak się wydawało, sklepie ze strojami wieczorowymi… Były wszędzie, na ścianach na chodniku. Chihuahua-miasto robali!! I malutkich piesków oczywiście. Pomniki tych uroczych stworzeń ciągnęły się wzdłuż głównej ulicy miasta. Spacer skończył się szybko. Bezpośrednim bodźcem ku temu był widok oświetlonej białej ściany, która była prawie czarna od robali i żyła własnym życiem. Poszłyśmy spać do naszych robali. Te przynajmniej nie fruwały tylko biegały i na szczęście nie atakowały w nocy. Świt przywitał nas pięknym widokiem wschodzącego nad górami słońca. Chmury czerwone, widok niesamowity. Dwa oblicza Chihuahuy- ziemia dla robali nocą, piękne widowiska na niebie za dnia (no przynajmniej nad ranem). Wczesnym rankiem zebrałyśmy nasze graty i pojechałyśmy na lotnisko skąd dane nam było opuścić północny Meksyk. Z lotniska jeszcze ostatni widok na góry. Jak się patrzyło to długo, długo płasko płasko i nic a potem nagle szczyty. Maszyna wystartowała w miarę punktualnie i poleciałyśmy z powrotem do największego miasta na świecie.

p.s. Zdjęcia Reni.



Wszelkie prawa zastrzeżone, kopiowanie, udostępnianie, publikowanie treści niniejszego bloga, bez zgody autora zabronione.

W pobliżu Góry Sierra Madre na MyTravelBlog.pl

w lini prostej: 253.2km
Mały John nad Pacyfikiem
w lini prostej: 1265.4km
American taste
w lini prostej: 1291.4km
Lista rzeczy do zrobienia w Las Vegas
w lini prostej: 1333.8km
Wild West is Da Best
w lini prostej: 1595.9km
Moje wakacje 2010
w lini prostej: 1886.8km
Wypad do Fortu Atkinson
w lini prostej: 2009.3km
1880 Town
w lini prostej: 1933.4km
Z Wizytą u Mormonów
w lini prostej: 1901.8km
San Francisco za mgla
w lini prostej: 2225.2km
American taste
w lini prostej: 2707.8km
Kanada - Kraj klonowego liścia
w lini prostej: 2649.8km
WAKACJE 2009